wtorek, 4 września 2012

Place # 3 - Kaze :: Kraków

Jak niektórzy wiedzą, mnie i mojemu lubemu stuknęła rocznica, która zaciągnęła nas tam, gdzie wszystko się zaczęło -do Krakowa. (DOBRA, zaczęło się w Warszawie, ale się nie liczy, bo miałam rozmazany makijaż i śmierdziałam potem, a on był uchlany energetykami i widział kolorowe plamy!) Ponieważ oboje jesteśmy kulinarnymi odkrywcami i lubimy zwiedzać nowe miejsca, szlag poprowadził nas do...

KAZE

japońska restauracja

Ta krakowska restauracja japońska, która NIE JEST sushi barem, mieści się niedaleko głównego rynku, sprawnie ukryta między kamienicami. Schodkami w dół udajemy się do zaczarowanego miejsca, o niezwykłym klimacie. Ceglane ściany, baldachimy, niskie stoliki. Łatwo było nam zagościć się w tak przytulnym miejscu.


Zdjęcie pochodzi z oficjalnego fanpage'a restauracji.



Kochamy, bo... zostaliśmy obsłużeni przez kelnerkę o bardzo miłej aparycji, która zostawiła nam specjalny guziczek, który skojarzył mi się ze szpitalnymi dzwonkami. Dzięki gruponowi byliśmy w stanie zakupić bardzo tani posiłek dla dwóch osób (jak na restauracyjne ceny), a potrawy były smaczne. Zielona herbata była bardzo dobra, a o kuleczkach z krewetkami nie mogłabym powiedzieć złego słowa. No, może trochę więcej tego wasabi na tym majonezie, ale widać, że kucharz, najwidoczniej nauczony poprzednią klientelą, wolał nie ryzykować oferując nam pikantny sos.
No i toaleta! Ze zdziwieniem odkryłam w damskiej ubikacji najprawdziwszy, japoński sedes z tysiącem guziczków! Wiem, nie ma się czym ekscytować ale wciąż...widział ktoś was w suszibarze japoński sedes?



Nienawidzimy, bo... oj, trochę tego będzie. Więc po kolei. Kaze jest restauracją japońską więc potrawy tam podane, starają się być wyjątkowo...japońskie. Kelnerka była w stanie zaproponować nam tylko jedną przystawkę (menu nie obejmowało więcej). I był to... Śledź po japońsku! Iście japoński, bo z waflem ryżowym. Solony, w majonezie z groszkiem i cebulką. Niestety, ja odczuwam pewną awersję przed większością ryb tak więc mój luby pochłonął moją porcję. Ponoć nie najgorsza. Dalej, pora na dania główne. Jak widać na wyżej wymienionym zdjęciu, dostaliśmy kuleczki z ciasta naleśnikowego (nieco przypalone) i zestaw TEMPURA (ryż, miso i warzywa w tempurze).  Na danie mojego lube trzeba było trochę czekać (miała to być kolacja dla dwóch, szkoda, że nie podali dań jednocześnie), a moje warzywka przyszły dość szybko i okazały się być... ziemniakami w panierce? Co prawda były tam dwa plasterki kabaczka, kawałki fasoli i kilka kawałków marchewki, ale większość to był ziemniak. I, że ignorancko stwierdzę, jakiś liść w panierce. Nie było to złe, ale najeść się nie dało. Zupa miso, choć za nią nie przepadam, nie zachwyciła mnie niczym. Do tego całość podana na papierowej serwetce, na talerzu. Bardzo obawiałam się kawałków serwetki na jedzeniu, jednak nie było tak źle.
W cenę naszego gruponu wchodził też deser. Mieliśmy ochotę na biszkopt z fasolką ale kelnerka poinformowała nas, że został JEDEN KAWAŁEK  szarlotki i sernik. Szkoda, ale trudno. Nie najgorsze, ale typowo sklepowe ciacha. Brakowało nam jakiś innych japońskich łakoci.
No i na odchodne jeszcze dwie rzeczy:
Sushi w tej restauracji nie ma (jak już wspominałam wielokrotnie). Dlaczego? Z powodu braku dostępu do morza i braku możliwości sprowadzania świeżych ryb. Stwierdzenie to, wpisane w menu, zadziwiło mnie i mojego lubego, bo jakoś inne restauracje nie mają z tym problemów.
No i wracając do mojej japońskiej toalety - w kabinach światło działa na zasadzie fotokomórki. Więc trzeba szybko załatwiać swoje potrzeby i znikać, nim to światło zniknie! No i brakowało opisu do tych wszystkich japońskich przycisków. Lepiej nie ryzykować.


Koniec końców...
Trudno mi podsumować tą restaurację. Wystrój dla oka przyjemny, mając w posiadaniu grupon i ceny przystępne. Dania nie wywołują fajerwerków ale są w porządku. Jednak bez grupona ceny ferowane w menu wydają się być nieadekwatne do porcji i smaku. Dla poszukiwaczy smaków prawdziwej japońskie kuchnii na pewno znajdą się inne restauracje o znacznie bogatszym menu. Niestety, w punktacji 1-10, restauracji Kaze przyznałabym... 4.5.


ul. Stefana Batorego 1A
Kraków

niedziela, 20 maja 2012

Place # 2 - Charlotte :: Kraków

I aż chciałoby się krzyknąć: ale to już było. I rzekłabym nawet: i nie wróci więcej. Bo ja nie zamierzam pojawiać się więcej w krakowskim Charlotte, a na pewno nie w przeciągu najbliższych kilku miesięcy. Kilkunastu.

CHARLOTTE

edycja: KRAKÓW

Krakowska kawiarnio-piekarnia niewiele różni się od swojej "matki" w Stolicy ( o której pisałam tu ). Mimo to, jest kilka rzeczy, na które chciałabym zwrócić uwagę.

Kochamy, bo... wciąż mamy do czynienia z pysznym chlebkiem, cudownymi konfiturami i masami czekoladowymi, całkiem niezłymi kanapkami i lemoniadami co w Warszawie. Ceny są te same (ponownie, jak na Krakowskie kawiarnie są to ceny przystępne). Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda bardzo fajnie - pomieszczenie jest na prawdę bardzo duże i jest w stanie pomieścić dużo osób, sufit jest wysoko toteż mamy niewielką antresole ze stoliczkami dla kilku osób. Jest ładnie. Sama kawiarnia znajduje się niedaleko samego serca Krakowa, czyli rynku.


Nienawidzimy, bo... może pamiętacie jak pisałam, że w Warszawskiej Charlotte obsługa jest "nie najlepsza"? Jeśli tak, to powiem (więcej niż) dwa słowa na temat obsługi w Krakowie. Zaczęło się spokojnie. Siedzieliśmy sobie na "pięterku" i czekaliśmy na kelnera. Ten przyszedł, zebrał zamówienia na kanapki, zestaw śniadaniowy z jajkiem i lemoniadę. Dopytywał się mojej znajomej N., jaką to kawę sobie życzy do zestawu śniadaniowego (kawa wliczona w cenę zestawu) po czym znikł. Na piętnaście minut może. Zaraz wrócił spytać kochanej N. jakie to jajko sobie życzy : sadzone, czy na miękko? Bo po co oszczędzać sobie czas, pytając o to od razu?
Na naszym stole zawitała kanapka na ciepło, kanapka z łososiem i zestaw śniadaniowy z kawą. Ale jakiś taki wybrakowany, bo gdzie oh gdzie moje ukochane konfitury?? Kelner nieco zdezorientowany, powiedział, ze pójdzie... SPYTAĆ O KONFITURY. Jego wyraz twarzy wyraźnie dawał nam do zrozumienia, że nie ma pojęcia, czy konfitury powinny być załączone do zestawu. No i czekamy. Jeszcze na naszą lemoniadę.
Kelner wraca...z jednym słoiczkiem musu malinowego. Pytam, czy mógłby jeszcze przynieść konfiturę truskawkową. Znika znowu. A po naszej lemoniadzie ani śladu...
Oto i kelner wraca, z trzema słoikami. Jest truskawkowa, jest masa czekoladowa, jest konfitura pomarańczowa. Szkoda tylko, że my już dawno zjedliśmy, a lemoniada "zaraz będzie". "Zaraz" jej nie było, dopóki mój kochany mężczyzna nie zszedł na dół do kasy upomnieć się na napój. Pięć minut później kelner wrócił, przeprosił i dodał "to nie była moja wina". No ja nie wątpię.
Na do widzenia otrzymaliśmy rachunek, gdzie zestaw śniadaniowy został zdekonstruowany - każda jego część, kawa, jajko, koszyczek pełen chleba zostały nabite osobno. Z racji, ze to dotyczyło się posiłku N., piękna udała się po schodach by zgłosić pomyłkę. Paragon został anulowany i czekaliśmy sobie na nowy...aż postanowiliśmy zabrać swoje rzeczy i sami zgłosić się do kasy. Restauracje opuściliśmy z niesmakiem. Mimo takiej pysznej masy czekoladowej.
Jeśli mogę jeszcze dodać coś, taka moja mała bolączka - na schodkach, które prowadzą na antresole, "sufit" jest niemiłosiernie nisko (co skutkuje tym, że wciąż boli mnie głowa po dość ostrym starciu podczas wchodzenia po schodkach - niespodziewanie rąbnęłam głową o coś twardego, a to schodki po prostu się miały zaraz kończyć, a podłoga na antresoli taka twarda). Kiedy poskarżyłam się (pół żartem, pół serio) kelnerowi, że przydałoby się jakieś ostrzeżenie, on tylko się uśmiechnął i wzruszył ramionami. I trochę żałuję, ze nie zgłosiłam się z tym do kogoś, kto mógłby coś z tym zrobić.


Koniec końców... jestem pewna, że w Krakowie są ciekawsze miejsca do odwiedzenia, a do tamtejszego Charlotte nie wrócę prędko. Może za pół roku. Może jak kelnerzy przejdą odpowiednie szkolenia i nauczą sie co jest w karcie dań. Nie wiem, może to tylko ja "zawsze czegoś się uczepiam". Lokal jest nowy, obsługa też. Ale, o litości, czemu doświadczenia z obsługą w Warszawie nie nauczyły nic właścicieli lokalu. Że warto zainwestować w dobrą kadrę, by nie powtarzać błędów ze Stolicy. Oj, nie ładnie, nie ładnie...




Kraków
Plac Szczepański

Po raz kolejny dziękuję wspaniałemu towarzystwu. Cieszę się, ze jakoś to przeżyliśmy. Razem.

czwartek, 10 maja 2012

Place # 1 - Charlotte :: Warszawa

Warszawa jak to stolica. Ciekawych miejsc być pełna musi. Zachęcona wpisami z innych blogów i całkiem niezłą opinią na serwisach internetowych postanowiłam odwiedzić pewną boulangerie - piekarnio-kawiarnie, która znajduje się na Placu Zbawiciela. A zwie się...


Charlotte


Miejsce to jest związane z pewną kontrowersją i ostrą wymianą zdań. Zdaje się, że Charlotte można kochać albo nienawidzić.

Kochamy, bo... Charlotte jest miejscem, które ma swój klimat. Stylizowane na francuską kawiarenkę, z głośników płyną francuskie piosenki, klasyczny zestaw śniadaniowy zawiera pyszne, francuskie croissants. Sam lokal jest zaaranżowany w ciekawy sposób. W głównym pomieszczeniu jest ustawione kilka pojedynczych stolików, wysokie stołki przy ladzie pod oknem a, bardziej w głąb można dojrzeć duży, wspólny stół, przy którym siedzą nie znający siebie nawzajem ludzie. Od razu moją uwagę zwróciła podłoga, która nie była wyłożona płytkami czy innym klasycznym tworzywem. O nie, podłoga zdawała się być w stanie surowym, tak jak podłoga mogłaby wyglądać w starej piekarni. Za ladą, obłożoną wszelkimi dobrociami dostrzec można piece, w których piekarze wypiekają chleb. A ceny? Cóż, wydają mi się rozsądne, jak na ceny warszawskie. 7 zł za herbatę nie jest złe, gdy dostajemy mały czajniczek, którym trzy razy można wypełnić filiżankę. A sam smak specjalności Charlotte czyli wypiekanych na miejscu bagietek, rogalików i chlebków - ja swoim zestawem śniadaniowym, który zawierał koszyczek pieczywa byłam bardzo zadowolona. Choć chyba jeszcze bardziej niż pieczywo zachwyciły mnie "domowe" przetwory serwowane przez kawiarnie czyli dżemy/musy owocowe i pyszny krem czekoladowy.

Nienawidzimy, bo... obsługa w Charlotte nie jest najlepsza. Czytając opinie o kawiarni niemalże każdy wymienia obsługę jako kule u nogi kawiarnii. Mija dużo czasu zanim posiłek dotrze przed nasze oblicze, a kelnerzy i kelnerki miotają sie po kawiarnii nieco jak opętani, czasami dopytają czy zamawiałeś coś, co własnie mają na talerzu i chcieliby już to podać. Co mogę dodać od siebie? Kiedy jeden z kelnerów próbował podać mi moje śniadanie, jajko na miękko niestety mu się przewróciło na talerzu, stracił nieco równowagę, a sztućce, które trzymał (z naciskiem na metalowy nożyk) po chwili wylądowały na moim nosie. Niestety, nie zaproponowano mi wymiany sztućców, które miały okazję przytulić się do mojej twarzy. Mam wrażenie, że jakiś napój też zdążył wylecieć mu z ręki. Przy stole wspólnym klienci muszą  dzielić się konfiturami i kremami, które wędrują później między stołami. No i docieramy do sprawy higieny, która zdaje sie być dużym minusem. W relacji jednej z popularniejszych blogerek możemy znaleźć zdjecie, na którym widzimy... słoik z kremem czekoladowym przeterminowanym prawie o miesiąc. 


Koniec końców...
Czy warto? Jeśli nie przeszkadza wam obecność tłumów i ludzi, którzy nie wstydzą się wyciągnąć swojego MacBook'a na stół, to czemu nie. Mi nie trafiła się przeterminowana konfitura, więc odważę się polecić tą kawiarenkę, choćby dlatego, że "wszystkie chleby i bagietki Charlotte są wyrabiane i pieczone na miejscu kilka razy dziennie. Ciasto robimy na zakwasie z dzikich drożdży żyjących na skórkach winogron z upraw ekologicznych" (dopiero teraz zdałam sobie sprawę ile dzikich drożdży ginie w moich ustach gdy jem winogrona!). A jeśli nie przepadacie za publicznym obnoszeniem się z jedzeniem, w Charlotte można kupić chlebek i konfitury na wynos.



http://bistrocharlotte.pl/

Warszawa
Plac Zbawiciela

Dziękuję doborowemu towarzystwu za towarzystwo i za pomoc w robieniu zdjęć (bo niestety, nie pamiętam, które należy do kogo, acz zakładam, że większość należy do C.)
Stay Positive!
A.

środa, 9 maja 2012

Introduction Paragraph

Blogi są dla mnie jak zeszyty. Uwielbiam wchodzić w posiadanie nowych. Jeden przeznaczymy na pamiętnik, jeden na przepisy, w jednym będę spisywać swoje GENIALNE pomysły na komiksy/ksiażki/scenariusze...
Dlatego po powrocie z majówki stwierdziłam, że muszę wejść w posiadanie kolejnego. Ponieważ mam już gdzie wylewać swoje smutki, mam gdzie spisywać recepty na pyszne cupcakes , a nie mam wystarczająco dużo wyczucia i sdobrego gustu, by prowadzić bloga modowego, tak też znaleźliśmy się tutaj. "Po prostu A." miał być tworem publicystycznym, gdzie dzieliłabym się swoimi przemyśleniami, ale nie wiem czy moje naiwne spojrzenie na świat mi by na to pozwoliło, więc podzielę się z wami...wszystkim po trochu. Na tym blogu można się spodziewać opisu ciekawych kawiarni, które odwiedziłam, sprawozdań z event'ów, w których brałam udział i wielu innych rzeczy.

Już niedługo pierwsza, konkretniejsza notka, więc do zobaczenia wtedy, mam nadzieję, ze kogoś tu wiatr przywieje.
Stay positive!
A.